Tuesday, June 26, 2012

Czym jeździsz? Srebrną Kupą Gnoju...

O reklamie i przekazie marketingowym w kontekście języków obcych napisano już wiele. Podobnie o nazwach firm czy produktów, które zdecydowano się wprowadzić na zagraniczne rynku. Dorzucę i ja swoje trzy grosze, bo jako językowy purysta trudno mi poprosić w sklepie o żarówkę firmy Osram. Poniżej interesujące przykłady językowych wpadek.
Chevrolet wprowadził swego czasu na rynki Ameryki Południowej samochód o nazwie Nova. Po hiszpańsku “no va” oznacza “nie idzie”, “nie jedzie”. Podobno szefowie firmy zdawali sobie z tego sprawę, ale że “no va” (z akcentem na “a”) to nie to samo co “nova” (z akcentem na “o”) nie przejmowali się. Żyjąca w sieci i podręcznikach wiele lat anegdota, że auto sprzedawało się marnie wydaje się nie mieć potwierdzenia w rzeczywistości. Podobno sprzedaż była zadowalająca. Nie mniej jednak, faktem jest, że w przypadku samochodu na rynek hiszpańskojęzyczny nazwa nie była za szczęśliwe dobrana.
Prawdziwa jest natomiast historia jednego z modeli produkowanych przez Mitsubishi Motors. Wybierając dla jednego z samochodów nazwę Pajero nie wzięto pod uwagę rynku hiszpańskiego. Rzecz w tym,  że “pajero” oznacza w języku hiszpańskim onanistę. Firma zdecydowała się więc na zmianę nazwy tego modelu na Montero.

Z kolei Ford wyprodukował model o nazwie Pinto. Ciekawe jak sprzedawałby się w Brazylii - w brazylijskiej odmianie portugalskiego “pinto” w brazylijskim dialekcie oznacza nieduże męskie genitalia. Który Brazylijczyk chciałby jeździć autem, które nazywa się “mały...”.
Pozostańmy jeszcze przy samochodach. Włoski Fiat 127 Rustica źle kojarzył się w Wielkiej Brytanii, bo „rust” po angielsku znaczy „rdza”.
Z kolei Rolls-Royce musiał zmienić w Niemczech nazwę swojego luksusowego modelu Silver Mist. To ostatnie słowo w języku niemieckim brzmiało jak “kupa gnoju”. Nazwa modelu oznaczała więc “Srebrną Kupę Gnoju”. Nazwę zmieniono na Silver Shadow.

Wpadki odnotowują nie tylko producenci samochodów. I nie zawsze chodzi o nazwy produktów. Czesem problem stwarzają slogany reklamowe czy ich tłumaczenie.
Firma KFC sprzedając swoje kurczaki w Hongkongu przetłumaczył na potrzeby miejscowego rynku hasło „Finger lickin’ good” („Palce lizać”) tak niefortunnie, że slogan brzmiał: „Odgryź sobie palce”.
Z kolei chińskie chipsy eksportowane za granicę nazwano “Only puke”, czyli “Tylko Wymioty”. Ciekawe jak się sprzedawały?
Z kolei w Ghanie produkowana jest “Pee Cola” - na szczęście nikt nie próbował jej sprzedawać w Anglii czy Stanach Zjednoczonych. Chociaż w Ghanie używa się angielskiego i słowo “pee” (“sikać”) powinno być tam powszechnie znane.

Te wpadki pokazują, że wybierając nazwę dla produktu warto wykonać porządny research. Ma to coraz większe znaczenie w dzisiejszych czasach postępującej globalizacji, kiedy coraz mniej produktów trafia jedynie na rynki lokalne. Z drugiej strony, trudno sprawdzać nazwę produktów w dziesiątkach języków. Być może więc, warto w takiej sytuacji nazwę zmienić.


O tym, że jest to możliwe, jeśli tylko się chce, świadczyć może przykład firmy produkującej lody “Algida”. Pod taką marką sprzedaje się je bodaj tylko w Polsce (choć pewności nie mam). W Wielkiej Brytanii są znane jako “Wall’s”, w Niemczech - “Langnese”, w Holandii - “Ola”, a w Hiszpanii - “Frigo”.
Nie przekonuje mnie więc tłumaczenie, że firma Osram nic nie mogła zrobić, wchodząc na rynek polski. Zdaję sobie sprawę, że nie sposób zmieniać nazwy firmy dla jednego rynku, ale z drugie strony i tak zwykle produkuje się czy dystrybuuje poprzez spółki-córki, które trzeba osobno rejestrować. Dlaczego więc nie zarejestrować firmy z nieco choćby zmienioną nazwą? A jeśli już nie można jej było zmienić, to niekoniecznie trzeba ją tak eksponować na opakowaniu produktu.
Nic nie poradzę na to, że słowo “osram” nie przejdzie mi przez gardło w miejscu publicznym. Kupuję więc żarówki innych firm. A swoją drogą, uważam pozostawienie tej nazwy za szczyt arogancji. Wszak mowa o słowie uznanym powszechnie za niecenzuralne.

A skoro już jesteśmy na polskim podwórku, przykład z Krakowa. Był w tym pięknym mieście hotel o ciekawie brzmiącej dla Brytyjczyków i Amerykanów nazwie “The Boner Palace”. I co z tego, że wzięła się od oryginalnego nazwiska rodziny, która go wybudowała. Nazwę zmieniono na “The Bonerowski Palace” i jakoś nic się nikomu z tego powodu nie stało. A przynajmniej nie wystawia się na śmieszność i pokazuje, że szanuje klientów.
Share:

0 komentarze:

Post a Comment