Saturday, December 17, 2011

Tajlandia (2011): Pattaya


TEXT AVAILABLE ALSO IN ENGLISH


Z lotniska w Balicach startujemy 9 listopada o 15.25. W Wiedniu lądujemy ok. 16.30. Tutaj mamy ok. 7 godzin przerwy. Chcieliśmy zaoszczędzić parę złotych na biletach i teraz żałujemy. Lotnisko małe, nie ma co robić. Z Wiednia wylatujemy przed północą. W Bangkoku dotykamy ziemi następnego dnia o 15.05 czasu lokalnego.
Jako że jedziemy w czasie powodzi codziennie śledzimy doniesienia na rządowej stronie www.thailand.prd.go.th oraz na stronach dwóch angielskojęzycznych dzienników: “The Nation” oraz “Bangkok Post”. Czytamy też informacje na stronie Ambasady RP w Bangkoku (www.bangkok.polemb.net), ale bardziej straszą niż informują – takie jest moje odczucie.

Jedną z ciekawszych rzeczy, jakich doświadczyłem w Tajlandii było spotkanie z tygrysem...
Wysiadamy z samolotu jakby w innym świecie. Lotnisko Suvarnabhumi (czyta się: su-wan-na-poom) jest ogromne. Nic dziwnego, Bangkok stanowi ważny hub na lotniczej mapie Azji. Ale tego się nie spodziewaliśmy. Kilka poziomów. Każdy ma swoje przeznaczenie. Poziom 4 odloty, poziom 3 przyloty itd. A co ciekawe nie tak łatwo przemieszczać się między poziomami. Na przykład z poziomu 4 nie dostaniemy się windą na poziom 3. Niby po co? – zapyta ktoś. My oczywiście znajdujemy sposób, a to dlatego, że na poziomie 3 jest tani sklep.
Lotnisko jest położone ok. 25 km od centrum miasta. Już na początku czeka nas niemiła niespodzianka. Choć sprawdzaliśmy wszystkie informacje na stronie internetowej (www.bangkokairportonline.com), to okazują się nieaktualne (ale o tym w części poświęconej samej stolicy).

Szybko znajdujemy kantor (jest ich kilka), żeby wymienić przynajmniej trochę pieniędzy na początek. Niedaleko jest punkt informacji turystycznej TAT (Tourism Authority of Thailand), sympatyczna i pomocna obsługa, bezpłatne mapki. Przebieramy się w krótkie spodenki i T-shirty i biegniemy do lady, przy której kupuje się bilety do Pattayi. Uwaga: obok siebie są dwie firmy, jedna sprzedaje bilety po 124 baty, druga po 200, a właściwie niczym się nie różnią poza tym, że jedna jest państwowa, a druga prywatna.
Autobus jedzie bezpośrednio do Pattayi i nie zatrzymuje się po drodze. U celu ma kilka przystanków, kończy kurs niedaleko Jomtien Beach, przy Thapphraya Rd., naprzeciwko restauracji „Pan Pan” (warto  zapamiętać dla orientacji). Ostatni kurs odjeżdża z lotniska o godz. 22.00 i kończy trasę przy North Pattaya Rd. Nie jest to wielki problem, bo do później nocy kursują tzw. songthaewy, rodzaj zbiorowych taksówek. Trzeba tylko uważać, jeśli wsiada się do pustych pojazdów, bo czasem ich kierowcy potraktują taki kurs jako kurs taksówki i policzą cenę „taksówkową”, zamiast normalnej ceny przejazdu, która wynosi 10 batów. Mimo to od obcokrajowców często proszą po 20 batów. Najlepiej mieć odliczone pieniądze i wręczyć kierowcy lub jego pomocnikowi z pewną miną.

Jedna z głównych ulic Pattayi za dnia
Pattaya leży ok. 150 km od Bangkoku, na wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej, co sprawia, że jest dobrym miejscem na odpoczynek dla tych, którzy nie chcą tracić czasu ani energii na dotarcie do jednej z wielu wysp, a zarazem chcą w pełni korzystać z gwarnego nocnego życia. Z tego zresztą Pattaya słynie. Wiele osób po powrocie stamtąd bez ogródek nazywa je miastem-burdelem. Moim zdaniem, taką opinią Pattaya cieszy się zasłużenie i chyba nikomu to nie przeszkadza.
Oficjalna strona miasta: www.pattayacityhall.go.th

Do Pattayi docieramy około 21.00 i nie bardzo wiemy jak się po mieście poruszać. Próbujemy zaczepić kilka osób, ale tu chyba nikt nie mówi po angielsku! Dziwne w mieście gdzie poza panienkami do towarzystwa, turyści stanowią największą grupę. Wreszcie jakiś Francuz widząc nasze zakłopotanie wskazuje kierunek do centrum miasta i uczy korzystać z songthaewów. Docieramy do centrum i wchodzimy w pierwszą uliczkę. Gwarno, neony biją po oczach, z jednej strony dziewczyny, z drugiej chłopcy… Tu raczej trudno będzie się wyspać. Krążymy dłuższą chwilę w wąskich uliczkach i wracamy do głównego skrzyżowania. Znajdujemy mały szyld „Rooms for rent”. Dobrze trafiliśmy. Ładny, duży pokój, czyściutko, okno wychodzi na sąsiednią świątynię, więc jest cicho, łazienką z ciepłą wodą, klimatyzacja, lodówka, telewizor i bezpłatne wi-fi. 450 bht. Bierzemy. Chwila na odświeżenie i ruszamy na rekonesans i jakąś kolację.
Słyszeliśmy dużo dobrego na temat tajskiej kuchni. Znajomi radzili jeść wręcz na ulicy. Nie ma się co obawiać o higienę. Może nie są to warunki sterylne, ale nie mamy takich obaw jak na przykład w Indiach. Bierzemy zupę i ryż z kurczakiem na drugie. Dostajemy zupełnie inne dania. Chwila minie nim dogadamy się o co nam chodzi. Znowu ten angielski, a raczej jego brak. Prawdę mówiąc, spodziewaliśmy się, że w kraju, do którego przyjeżdża rocznie kilkanaście milionów turystów, znajomości podstaw angielskiego będzie większa.
W Pattayi spędziliśmy łącznie niemal tydzień. Od czego tu zacząć…

Plaże

Największymi atrakcjami Pattayi są bary, kluby nocne i plaże. W okolicy znajduje się kilka parków, oferujących pokazy kultury tajskiej, przejażdżki na słoniu itd. To miasto w sam raz na kilkudniowy pobyt.

Jomtien Beach
Plaże nie są może zbyt ładne ani czyste, zwłaszcza ta w centrum, tuż przy bulwarze odchodzącym od ulic rozrywkowych. Najlepsza plaża znajduje się w Jomtien, w południowej części miasta. Tutaj też powstało wiele resortów i hoteli. Nieco spokojniejsza jest Naklua, od strony północnej. Plaża centralna, nazywana Hat Pattaya nadaje się tylko dla tych, którym wystarczy to, że woda jest mokra. Nocą brzeg zmienia się w tłumny bar i każdy niemal skrawek piachu jest obstawiony leżakami, za które oczywiście trzeba zapłacić.

Nong Nooch Tropical Garden

W promieniu kilkunastu kilometrów od miasta powstało kilka kompleksów, które oferują rozrywkę zarówno miejscowym jak i turystom. Wśród nich najciekawszy jest bodaj Nong Nooch Tropical Garden (www.nongnoochgarden.com), założony wiele lat temu przez przedsiębiorczą Tajkę, panią Nooch. To miejsce wybieramy, kierowani chęcią zrobienia sobie zdjęć z tygrysami i skuszeni możliwością przejażdżki na słoniu.

Zachwycający park Nong Nooch
Do Nong Nooch można dotrzeć na własną rękę, my jednak wykupujemy pakiet w jednym z punktów informacji. Bus odbiera chętnych spod hoteli albo w innym umówionym miejscu i dowozi do samego parku. W cenę wliczony jest wstęp i dwa pokazy. W naszym przypadku są to pokaz kultury i historii w jednym oraz pokaz umiejętności słoni.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, mamy trochę czasu na zrobienie sobie zdjęć z różnymi zwierzętami, z czego oczywiście skwapliwie korzystamy. Może się to wydać śmieszne, ale pogłaskanie tygrysa ma w sobie coś magicznego. To bardzo dziwne uczucie być tak blisko dzikiego zwierza i zupełnie nie odczuwać przed nim lęku! Następnie krótki spacer po głównej części ogrodu i możliwość przejażdżki na słoniu. Mimo swoich rozmiarów zwierzęta te sprawiają wrażenie bardzo przyjaznych i wręcz sympatycznych.

Przejażdżka na słoniu jest niesamowitym przeżyciem
Kolejnym punktem programu są pokazy. Trzeba przyznać, że Tajowie są mistrzami w tego typu spektaklach. Historia i kultura kraju, okraszona trochę monotonną jak na moje uszy muzyką (taka jest muzyka tworzona w większości krajów Azji), odegrana przez aktorów w niezwykle barwnych strojach (to też cecha charakterystyczna tego kontynentu) trwa akurat tyle, żeby zaciekawić, ale nie tyle, żeby znudzić. Wychodzimy. Jeszcze krótka przerwa na zupę i czas wracać. Te kilka godzin minęło jak kilka chwil. Kto chce dłużej pobyć w tym przepięknym miejscu, a zapewne warto, musi chyba znaleźć dojazd na własną rękę. My niestety musimy już wracać.

Pokaz tajskiej kultury

INFO
Nong Nooch Garden, wycieczka zorganizowana, 8.30-13, koszt: 700 bht, obejmuje dojazd spod hotelu + dwa pokazy (kultura, słonie); koszty dodatkowe: przejażdżka na słoniu 400bht, zdjęcie ze zwierzęciem 50bht.

Inne atrakcje

Wat Chai Monkhon
*Wat Chai Monkhon – pięknie utrzymana świątynia w samym centrum miasta
*Museum of Bottle Art – niedaleko dworca autobusowego przy Thanon Sukhumvit

Atrakcje niedaleko Pattayi
*Elephant Village Pattayawww.elephant-village-pattaya.com; pokazy ze zwierzętami
*The Million-Years Stone Park oraz Pattaya Crocodile Park, www.thaistonepark.com; pokazy z krokodylami
*Sanctuary of Truth, www.sanctuaryoftruth.com; drewniany budynek zbudowany zgodnie z tradycyjną filozofią; zwiedzanie, trekking na słoniu, pokaz rzeźbienia w drewnie, przejażdżki motorówką

Życie nocne

Życie nocne koncentruje się w South Pattaya, szczególnie na Walking Street. Ta ulica zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale nie powiem że pozytywne. Nigdy jeszcze nie byłem w dzielnicy uciech, nie widziałem czerwonej ulicy w Amsterdamie czy gdzie tam jeszcze. Więc po to przyjeżdżają tutaj podstarzali faceci z całej Europy i nie tylko… Tak, tak. Pattaya ma sławę miasta-burdelu. Na wielu forach można przeczytać, że miasto jest pełne starszych białych mężczyzn przechadzających się z młodymi Tajkami. Myślałem, że to przesadzone opinie. Ale rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia. Wygląda to tak, jakby najstarsi, najbrzydsi (sorry), łysi faceci z czerwonymi nosami przyjechali tutaj w poszukiwaniu uciech. Wrażenie jest okropne, jak widzi się tych facetów pod rękę ze ślicznymi, filigranowymi dziewczynami. Nie wchodzę tutaj w żadne moralne czy etyczne kwestie, dorosłym wolno robić ze sobą co chcą i nikomu nic do tego. Mówię o wrażeniu, jakie odniosłem. I nie mówię tu o trzech-pięciu parach, które mija się idąc ulicami. Są ich setki.

Podobne przygnębiające wrażenie robią stada dziewczyn przesiadujące w barach, pubach i klubach nocnych, czekając na gości, którzy w towarzystwie ładnej kobiety, po kilku drinkach, kupią kilka kolejnych i wydadzą kolejne setki batów. Czy na drinku się kończy, nie wiem. Śmiem wątpić. Podobnie stadami oczekują na klientów dziewczyny na promenadzie i na tzw. Walking Street, na której pozostały już chyba tylko puby i kluby nocne. A jeśli ktoś woli chłopców, ma do wyboru kilka uliczek z kilkunastoma lokalami.
W wielu klubach można obejrzeć różnego typu pokazy. A to kabaret, a to śpiewają naśladowcy, a to pokaz w akwarium (wrażenie jest niesamowite!). Są też oczywiście pokazy z dozą erotyzmu, ale większość z nich nie zawiera scen obscenicznych ani nie pokazuje się w nich całkowicie nagiego ciała czy seksu. Warto przy tym zaznaczyć, że choć nie są to pokazy na poziomie Moulin Rouge, to jednak Tajowie są mistrzami w przygotowywaniu takich krótkich spektakli, a ich oglądanie może sprawić dużą przyjemność i sporo rozrywki.
Przy tym wszystkim trzeba uważać na tzw. ladyboys. W Tajlandii nie do rzadkości należy sytuacja, kiedy napotkana dziewczyna okazuje się… chłopcem. Jest na to społeczne przyzwolenie i to do tego stopnia, że nawet w sytuacjach życia codziennego, na przykład w sklepie czy w restauracji czasem nie do końca mamy pewność, czy obsługuje nas on czy ona…

Cocktail Car - jeden z ulicznych pubów Pattayi

Jedzenie najlepiej smakuje na ulicy
Jak widać z powyższego opisu, Pattaya oferuje dla każdego coś dobrego. Można tu przy tym nakupić sporo tanich pamiątek, ciuchów, dobrze zjeść. Ceny – różne. Za obiad w miejscu dla „localsów” można zapłacić 40-60 batów (czyli 4-6 zł), a w miejscu, gdzie jest więcej turystów nawet 500. Wszystko zależy od upodobań, zasobności portfela albo po prostu od tego, czy mamy ochotę spróbować tego co lokalne, czy wolimy dania przypominające nasze rodzime.



W niedzielę 13 listopada rano wyjeżdżamy do Bangkoku, gdzie spędzamy dwie noce, bo 15 listopada o świcie mamy samolot do Kuala Lumpur. Do Bangkoku jedziemy autobusem prosto na lotnisko, żeby stamtąd szybkim pociągiem dostać się do miasta, omijając przynajmniej częściowo korki.
Share:

0 komentarze:

Post a Comment