Wednesday, December 28, 2011

Kambodża (2011): Angkor Wat

POST AVAILABLE ALSO IN ENGLISH


Kambodża jest trzecim krajem na trasie naszej tegorocznej wakacyjnej wyprawy. Skusiły nas opowieści znajomych o olbrzymim kompleksie świątyń Angkor Wat, w pobliżu Siem Reap. Przewodniki rozpisują się, że jest to jedno najciekawszych miejsc tej części Azji. To właściwie rozrzucone po dżungli pozostałości po panowaniu Khmerów; wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO; określane jako rozległa, największa budowla sakralna na świecie. Na zwiedzanie Angkor Wat zaplanowaliśmy tylko jeden dzień – i okazało się, że dobrze zrobiliśmy. 
Następnego dnia pojechaliśmy do stolicy, Phnom Penh – miasta, które rozwija się szybko jakby chciało nadgonić stracony czas.


Kambodża jest w porównaniu do Malezji i Tajlandii, krajem niewielkim. Zajmuje powierzchnię nieco ponad 180 tys. km kw., mieszka tu ok. 14 mln ludzi. Obywatele RP muszą mieć wizę. Można ją kupić przez Internet za dodatkową opłatą 5 $, ale niektóre portale odradzają takie rozwiązanie jako ryzykowne. Decydujemy się więc na kupno wizyon arrivalna lotnisku Siem Reap.

Warto wiedzieć
*Pieniądze: nowy riel (khr); kurs NBP z 2 listopada 2011: 100 khr 0,0785 zł. Inflacja jest galopująca, np. butelka fanty kosztuje 3000 rieli. Od razu przypominają mi się dawne czasy, kiedy my też operowaliśmy przy zakupach tysiącami złotych, a każdy zarabiał miliony...
*W powszechnym użyciu są dolary amerykańskie. I to wszędzie, nie tylko w hotelach i restauracjach. Normalną rzeczą jest podawanie cen w tej walucie i nikogo to nie dziwi. Lepiej jednak mieć trochę rieli na drobne wydatki. Otóż dolar jest zwykle przeliczany na 4000 khr. Jeśli coś kosztuje 3000 khr i tak usłyszymy cenę „one dolar”, bo nie tu amerykańskich monet. Żeby więc nie przepłacać lepiej pytać o ceny drobiazgów w miejscowej walucie.
*Przewodniki i fora piszą, że nie ma bankomatów, ale my bez problemu wybraliśmy Phnom Penh pieniądze.
Zarówno w Phnom Penh, jak i w Siem Reap jest mnóstwo punktów wymiany walut. Wyglądają dokładnie tak jak nasze bazarowe kantory sprzed lat. Nie należy się tego obawiać,ale lepiej pokazać, że sprawdza się bankoty. Ach, te wspomnienia...
*Czas:+6h w stosunku do czasu w Polsce
*Prąd:napięcie 230 V, gniazdka takie jak u nas.

Do Siem Reap lecimy Kuala Lumpur 19 listopada w sobotę o 6.45 z LCC Terminal, liniami Air Asia. Odprawa przebiega sprawnie. Właściwie to zostawiamy tylko bagaże, bo odprawiamy się sami, najpierw ściągając na komórkę kod QR, a potem przystawiając ją do specjalnej maszynki, która wypluwa nasze karty pokładowe. Notabene: gdy chcieliśmy to samo zrobić na Balicach, usłyszeliśmy, że lepiej nie ryzykować z komórkami, bo nie wszędzie na lotnisku jest Internet, po czym pracownica lotniska wydrukowała za nas nasze karty pokładowe.
W Siem Reap lądujemyo 7.50. Niektóre przewodniki straszą, że urzędnicy graniczni wymuszają wyższe opłaty wizowe, więc od razu przygotowujemy wyliczone po 20 na głowę (uwaga: potrzebne jest zdjęcie). Formularze przechodzą przez ręce chyba z dziesięciu bardzo ważnych urzędników. Po chwili nasze wizy są gotowe. Jeszcze tylko kontrola paszportowa. Hm, nie tylko paszportowa. Okazuje się, że muszą zeskanować nasze odciski palców, i to wszystkich, u obu rąk! Po co?! Wydaje mi się, że nawet rząd polski nie ma moich znaków daktyloskopijnych. Trochę mnie ta procedura zbija z tropu i niepokoi, ale przecież wrócić się już nie można.
Zaraz po wyjściu z terminala, podchodzi do nas pracownik firmy przewozowej. Nie ma się czego obawiać, obowiązuje tutaj system znany choćby z New Delhi w Indiach: płaci się z góry za przejazd, określoną cenę. Tyle, że – w przeciwieństwie do New Delhi – tutaj jest jedna firma, która ma stałe ceny, konkretnie 7 dolarów (te dolary!).
Warto zaznaczyć, że w Siem Reap nie ma punktu informacji turystycznej. Wybierając się tutaj, lepiej więc przygotować sobie plan pobytu.

Siem Reap jest jednym z większych miast Kambodży, co w połączeniu z usytuowaniem w pobliżu największej atrakcji kraju sprawia, że ceny noclegów nie należą do tanich. Za przyzwoitą dwójkę w centrum, z klimatyzacją, wiatrakiem, telewizją satelitarną, łazienką i lodówką trzeba dać 12-15$. Tańsze są pensjonaty na obrzeżach, ale uwaga: czasem spełniają one też rolę domów publicznych.

Angkor Wat, najbardziej znana atrakcja Kambodży
Po zakwaterowaniu i odświeżeniu się, ruszamy do Angkor Wat. Umawiamy się z bratem kierowcy taksówki, która przywiozła nas z lotniska. Poświęci nam kilka godzin, a jego tuk-tuk jest do naszej dyspozycji przez ten czas. Z jednej strony to trochę deprymujące, kiedy każdy kogo spotykasz traktuje cię jako źródło dodatkowego zarobku, z drugiej strony, jeśli umiesz się targować, oszczędza ci to dużo czasu i zachodu. Niektórzy turyści wybierają bardziej aktywny dojazd: wypożyczają za 2-3$ rower z hostelu i w ten sposób objeżdżają świątynie. Inną opcją jest wynajęcie motocyklu z kierowcą.


Angkor Wat czytaliśmy, że jest to jedno najciekawszych miejsc tej części Azji. Leży tylko 7 km od Siem Reap. To właściwie rozrzucone po dżungli pozostałości po panowaniu Khmerów; wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, określane jako rozległa, największa budowla sakralna na świecie.To tak naprawdę trzy kompleksy: Angkor Wat, Bayon i Ta Prohm.



Angkor zostało zbudowane w XII wieku ku chci hinduskiego bóstwa Wisznu, z którym ówczesny król Surjawarmana II się identyfikował. Przy wznoszeniu świątyni pracowało ok. 5 tys. rzemieślników i 50 tys. robotników. Budowa trwała 37 lat. Jedną z najciekawszych rzeczy wartych obejrzenia jest ciągnąca się na długości prawie kilometra płaskorzeźba przedstawiająca sceny z indyjskich eposów „Ramajana” i „Mahabharata”. Najbardziej zaś znany jest relief przedstawiające bogów i Devów, którzy ubijają Morze Mleka, żeby z głębin wydobyć eliksir nieśmiertelności (w czasie naszego pobytu akurat był restaurowany). Wszystkie reliefy cechuje szczególna dbałość o detal. Trudno ich nie podziwiać nawet i dzisiaj, mimo że budowla znajduje się w ruinie.
Jeden z kolejnych władców Dżajawarman VII przekształcił budowlę w świątynie buddyjską, ale po jego śmierci symbole buddyjskie zniszczono i przywrócono temu miejscu charakter hinduistyczny. Niektóre elementy zostały przy tym zamurowane.


Mój spersonalizowany bilet
Choć niektóre foraradząprzeznaczyć na ich zwiedzanie trzy dni,my jeszcze w Polsce zdecydowaliśmysię zwiedzićtylko jeden kompleks,w jedendzień. Teraz boimy się, żebędziemy biegaćz językiemna brodziei wyjedziemyz uczuciemniedosytu. Naszadecyzja okazujesię jednaktrafna. AngkorWat to największerozczarowanie tejwyprawy. Podobnekompleksywidzieliśmy wIndiach, zaznacznie mniejszepieniądze,znacznieciekawsze ilepiej zachowane.
Bilet jednodniowy dokompleksówkosztuje 20$.Możnago kupićtylkow punkcie kontrolnym przy drodzegłównej,jakieś 3-4km odkompleksuświątyń.

Orzeźwiający sok
ze świeżego kokosa
Popołudnie spędzamy na włóczeniu się po Starym Bazarze i przesiadując w kawiarniach. Nie udaje nam się nic kupić, bo ciuchy i towary przypominają te, jakie straszyły nas przez całe dziesięciolecia na „ruskich” bazarach.



Odwiedzamy też mały kościół katolicki przy Ulicy 027, 50 metrów od Arun Guesthouse. W soboty wieczorem, a czasem w niedzielę rano odbywają się msze po angielsku, ale uwaga: nie co tydzień.

Kościół w Siem Reap
Z Siem Reap wyjeżdżamy w niedzielę 20 listopada rano. Przejazdy do stolicy oferuje mnóstwo biur. Ceny  takie same, zapewne tylko jakość usług inna.Wybieramy minivan, bo ma być szybszy i wygodniejszy niż tradycyjny autobus...

Po drodze z Siem Reap do Phnom Penh mijamy setki drewnianych ubogich domków na palach
Więcej zdjęć można obejrzeć TUTAJ

Przeczytaj także:
Kambodża (2011): Phnom Penh

Share:

0 komentarze:

Post a Comment