Monday, October 3, 2011

Rozterki miłośnika języków

Po raz kolejny dopadły mnie rozterki dotyczące tego, na jakie języki położyć nacisk. Przecież nie mam czasu na wszystkie, których chciałbym się nauczyć. Z jednej strony moja praktyczna natura podpowiada mi: ucz się tego, co może ci się przydać, co być może kiedyś wykorzystasz. Z drugiej, nauka języków to moje hobby, a ono niekoniecznie musi być praktycznie.
Czy ktoś, kto zbiera pocztówki albo żołnierzyki zastanawia się, czy kiedykolwiek użyje ich w jakimś praktycznym celu? Nie. Raczej kolekcjonuje je dla samej przyjemności zbierania i pochwalenia się od czasu do czasu swoją kolekcją, czy nawet cieszenia się z niej samemu.
Wróćmy do języków. Czy lepiej uczyć się francuskiego, który może się przydać podczas podróży – i to nie tylko do Francji, ale na przykład też do Maroka czy innych krajów, gdzie się go jeszcze używa? Ponadto ten język może mi się przydać w pracy.
Czy lepiej kontynuować naukę na przykład hindi, który mi się podoba i wizualnie (cudnie wyglądające pismo dewanagari), i brzmieniowo? Tyle że tego języka zapewne już nigdy nie będę miał okazji użyć. W języku hindi potrafię powiedzieć parę rzeczy, potrafię je też zapisać. Moje umiejętności, choć skromne, wywoływały wielkie zdumienie i prawdziwy zachwyt podczas moich ubiegłorocznych wakacji w Indiach. Zaskarbiły mi sympatię wielu przewodników i sprzedawców, którzy być może przez to właśnie traktowali mnie trochę lepiej niż innych turystów.
Nie wspomnę o tym, z jakim podziwem patrzą na mnie nowi znajomi, kiedy słyszą, że znam trochę hindi. Wiem, jestem próżny. Ale któż nie jest? Trochę próżności jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Tylko czy dla paru takich chwil warto poświęcić lata nauki, które można przeznaczyć na bardziej praktyczne języki?

Uczyć się czy nie uczyć? Oto jest pytanie. Tak można by w moim przypadku – a podejrzewam, że nie moim – sparafrazować odwieczny hamletowski dylemat. To pytanie zadaję sobie ostatnio coraz częściej. Niestety, nie ma na nie jedynej właściwej odpowiedzi. Przynajmniej nie w moim przypadku. Zapewne, gdybym był biznesmenem, inaczej patrzyłbym na te sprawy i uczyłbym się języka/ów partnera/ów w interesach. A skoro uczę się bardziej dla przyjemności, to siłą rzeczy patrzę na to inaczej.

Ostatnio to jednak właśnie praktyczna strona mnie przemawia mocniejszym głosem. Dlatego postanowiłem przypomnieć sobie podstawy francuskiego, których nauczyłem się wiele lat temu. Nie jest to dla mnie najważniejszy i najciekawszy język (je suis désolé), dlatego leżał sobie odłogiem.
Dzisiaj rano w drodze do pracy zabrałem się za solidne powtarzanie tego, co kiedyś tam wbiłem sobie do głowy. Nawet nie najgorzej mi to idzie. Może nawet obejrzę dziś wieczorem jakieś wiadomości na France24.
A jednak… trochę żal czasu poświęconego na hindi czy ostatnio na suahili. Na wszelki wypadek więc nie będę chował głęboko do piwnicy książek do nauki tych dwóch języków. Może jeśli będą stały na półce obok biurka, przy którym pracuję, znowu wezmę je do ręki i odkryję na nowo przyjemność z odczytywania kształtnych literek dewanagari czy wsłuchiwania się w egzotyczne dźwięki ludów Kenii i Tanzanii…
Share:

0 komentarze:

Post a Comment