Tuesday, September 20, 2011

Maroko (2007), cz.1: Fez

TEXT AVAILABLE ALSO IN ENGLISH

DISPONIBLE TAMBIÉN EN ESPAÑOL


Podróż do Maroka wymyśliliśmy, bawiąc się wyszukiwarką lotów Ryanaira i Wizzaira. Ciekawi byliśmy, do jakich miejsc lata i natrafiliśmy na Fez i Marakesz, właśnie w Maroku. Na dodatek okazało się, że loty z Londynu nie są wcale drogie. Jeszcze rzut oka na loty z Krakowa do Londynu. I już wiedzieliśmy... Maroko!

Lot z Katowic w poniedziałek 17 września o godz. 18.00. Na Luton lądujemy o 19.25. Cały wieczór i noc spędzamy na lotnisku, ale żyjemy już czekającą nas przygodą. Po raz pierwszy będziemy w Afryce, po raz pierwszy w kraju arabskim! Na dodatek w okresie ramadanu, czyli całego miesiąca postu w kalendarzu muzułmańskim. Niektórzy przyjaciele nam to odradzali, ale stwierdziliśmy, że tak będzie ciekawiej. 
Z Luton startujemy punktualnie o 6.30. W Fezie lądujemy o 8.50.
Lotnisko malutkie, obawiamy się trochę pograniczników, czy aby nie będą nam przetrzepywać plecaków i szukać dziury w całym, ale odprawa idzie sprawnie. Wypełniamy karty wjazdowe – trzeba ich pilnować jak oka w głowie. Podobnie jak kwitków z wymiany pieniędzy – jeśli chcielibyśmy sprzedać z powrotem dirhamy, o ile by nam zostały, trzeba się wykazać, że je wpierw kupiliśmy. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że dirhamów nie kupimy nigdzie poza Marokiem, trzeba więc wziąć ze sobą jakąś wymienialną walutę, najlepiej dolary albo euro. Chyba że ktoś chce polegać na bankomatach. Nie wolno też dirhamów wywozić. Oczywiście nikt nie przyczepi się do paru monet, które zostawimy sobie na pamiątkę.
Jesienią 2007 r. jeden dirham kosztował 33 grosze (we wrześniu 2011: 37 groszy, więc około 10 procent więcej). Ceny jednak zapewne poszły w górę. Czytając ten tekst trzeba zatem pamiętać, że z pewnością są nieaktualne, bo pochodzą sprzed paru lat. Dlatego podaję tylko niektóre, dla orientacji.

Fez

Fez to jedno z największych miast Maroka, liczy ok. 950 tys. mieszkańców. Zostało założone w VIII wieku. Było pierwszą stolicą kraju.

Pałac Królewski w Fezie można obejrzeć tylko z oddali
Lotnisko leży w Saiss, około 15 km od Fezu. W przewodniku wyczytaliśmy, że do miasta można się dostać autobusem, ale nigdzie go nie znajdujemy. Poza tym jesteśmy strasznie zmęczeni po nocy na lotnisku i decydujemy się wziąć taksówkę (petit taxi za ok. 160 dh, przepłaciliśmy).
W tym miejscu warto zaznaczyć, że generalnie w Maroku funkcjonują dwa rodzaje taksówek:
- petit taxi (czyli mała taksówka) – zwykle zabiera trzech-czterech pasażerów; oczywiście trzeba się targować, na początku, obcokrajowiec i tak zapłaci więcej niż miejscowi;
- grand taxi (czyli duża taxi) – zabiera do sześciu osób; tak, tak; z tyłu cztery; a z przodu obok kierowcy jest specjalne szersze siedzenie dla jeszcze dwóch; zwykle ustalona jest opłata za kurs, więc miejscowi zazwyczaj czekają aż zbierze się te sześć osób; jeśli chce się jechać bardziej komfortowo albo jeśli komuś się spieszy, musi zapłacić jak za sześciu pasażerów.
Jedziemy do jedynego w Fezie i w całym Maroku McDonalda. Nie, nie na śniadanie, bo i tak nic by nam nie sprzedali, przecież od wschodu do zachodu nie można nic jeść ani pić. Jesteśmy tam umówieni z Hassanem, chłopakiem, którego poznaliśmy przez jedną ze stron łączących osoby podróżujące z plecakiem. Ma nas gościć do następnego dnia.

W drodze pierwsza niespodzianka. Z charczącego radia w taksówce nie dobiegają arabskie pienia, ale bardzo rytmiczna dyskotekowa piosenka. Skądś znam ten głos? Rihanna? Oczywiście. Wtedy po raz pierwszy słyszeliśmy jeden z jej największych hitów „Please Don’t Stop The Music”. Może to Maroko nie jest takie tradycyjne jak się wydawało…

Docieramy na miejsce. Nasz gospodarz już czeka. Szukamy kolejnej taksówki, tym razem do jego wioski Bhalil. To właściwie małe miasteczko, wszystko w betonie, brzydkie odrapane budynki, wszędzie śmieci, i dziesiątki ludzi włóczących się bez celu.

Hassan prowadzi nas do swojego domu. I tu pierwsza niespodzianka. Jego dom jest urządzony, jak wiele sąsiednich, w grocie. Ale frajda! W takim miejscu jeszcze nie spałem! Trudno to domostwo opisać. W tej grocie jest jeden pokój – dzienny, kuchnia, mały wychodek (jak to często w krajach arabskich „na narciarza”), coś w rodzaju półpiętra wyglądającego jak klepisko, gdzie śpi cała rodzina, oraz dodatkowe pomieszczenie, które jest ciemne i puste...
Hassan oprowadza nas po Bhalil. Zwiedzamy, tylko z zewnątrz, mauzoleum jakiegoś świątobliwego męża, wzgórze, lasek z pięknym wodospadem, chłodzimy nogi w strumyku. Idziemy po raz pierwszy na targ. To naprawdę niesamowite przeżycie. Pierwsze rzeczy zawsze cieszą nas jak dzieci! Tyle tu tego, szmalc, mydło i powidło. Większość to badziewie jakich mało, zegarki „Dolce & Gabbana” za 30 dirhamów! Sterty T-shirtów, butów, pasków i torebek prosto od „Louis Vuitton”.
Ale najbardziej podobają nam się tutaj owoce. Ile tu rodzajów daktyli! Kupujemy chyba kilogram, za pośrednictwem Hassana oczywiście, żeby nie przepłacać. Przy okazji jedną paczuszkę przygotowujemy dla jego mamy jako podarunek przed kolacją, czyli ramadanowym śniadaniem.
Wieczorem, tuż po 18.30 rodzina Hassana zaprasza nas na pierwszy tego dnia posiłek. Ledwie się powstrzymujemy, żeby nie zjeść wszystkiego jak świnie, jesteśmy tacy głodni. Za cały dzień zjedliśmy po połowie rogalika, którego udało nam się wybłagać u jakiegoś sklepikarza. Na dodatek musieliśmy wspiąć się na jedno ze wzgórz i ukryć w krzakach, żeby nikt nas nie widział. Ale konspira! Czuliśmy się jak ostatni grzesznicy. Ale ma to nawet swój urok.
Na drugi posiłek, około drugiej w nocy, idziemy do kolegi Hassana, który pochodzi z trochę bogatszej rodziny, bo mają normalny dom. Tam czekamy chyba ze dwie godziny, aż wszystko się ugotuje jak należy. Rozmawiamy o miejscowych tradycjach, ludziach, zwyczajach. Jestem już tak zmęczony, że prawie przegapiam, kiedy na stół wjeżdża jedzenie. Głowa co chwilę spada mi niemal na kolana. Nie zatrzymujemy się więc tutaj dłużej. Dziękujemy za gościnę, jeszcze krótki spacer przez Bhalil i wracamy do Hassana na nocleg.

Następnego dnia rano (środa 19 września) zbieramy się o Fezu. Hassan proponuje, że pojedzie z nami. Nie bardzo nas ta perspektywa cieszy, bo spędziliśmy z nim cały poprzedni dzień i wieczór, a po Fezie chcemy po prostu pochodzić sami. Gdy docieramy na miejsce, może trochę obcesowo, żegnamy się z nim.
Oddajemy plecaki do przechowalni na dworcu autobusowym i ruszamy w miasto. Turyści przyjeżdżają tu zwykle na jeden dzień. My też tak zrobiliśmy. Jeśli ktoś chce się tu zatrzymać na noc, lepiej pomyśleć o tym zawczasu.
Miętowa herbata w medynie

Pierwsze kroki kierujemy w stronę medyny, czyli starego miasta. Przewodniki rozpływają się w zachwytach, jakie to cudowne miejsce, założone w VIII wieku, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Straszą też, że łatwo się tu zgubić. To prawda! Lepiej nie zapuszczać się głębiej, bo naprawdę można się potem błąkać godzinami. Kręcimy się w kółko dobre pół godziny. Już myślimy, że dane nam tu będzie zostać. Na dodatek co chwilę dopadają nas dzieciaki, wołając „massage! massage!”. Nauczyli ich tego rodzice? Boimy się, żeby nie wzięli nas za zboczeńców i czym prędzej stamtąd uciekamy. Czym prędzej - to znaczy po jakimś kwadransie, kiedy wreszcie udaje nam się znaleźć wyjście z tego labiryntu uliczek i zaułków wąskich na tyle, żeby zmieściły się ledwie dwie osoby.
Po drodze mijamy setki straganików, kramarzy, sprzedawców z ręki wszystkiego co tylko się da. Co chwilę mijają nas objuczone do granic wytrzymałości osły, czasem podobnie objuczeni pomocnicy sprzedawców.
Spacer po medynie ma swój urok, ale ci wszyscy nagabywacze strasznie męczą. Po pewnym czasie przyzwyczaimy się do tego, ale na początku prawie żałujemy, że tu przyszliśmy.
Po jakiejś chwili znajdujemy przytulny lokalik, wchodzimy na piętro. O, mają nawet taras, super! Nie, jednak nie tak super. Wkoło sterty śmieci, jakieś łachmany, smród jak na wysypisku. Jednak lepiej było w środku.
Właściciel biega koło nas jak z piórem. Wszystko tanie jak barszcz. Tutaj turystów nie obowiązuje ramadan, objadamy się jak dzikie świnie, opijamy świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, popalamy fajkę wodną. Nie jestem zwolennikiem używek, ale nie spróbować sziszy w Maroku to byłby grzech!
W międzyczasie korzystamy jeszcze w publicznego prysznica. I tak odświeżeni ruszamy na dalszą włóczęgę.

Będąc w Maroku nie można nie wypalić sziszy, czyli fajki wodnej

Parę informacji praktycznych

*Punkt informacji turystycznej znajduje się na rogu Avenue Moulay Youssef przy Place de la Resistance/La Fiat. Nie jest jednak za bardzo pomocny.

*Dworzec autobusowy – Gare routiere znajduje się na północ od Bab el-Maruk, między Kazba Serada i Bordż Nord. (Ważna uwaga: nazwy arabskie piszę w pisowni polskiej, ale zazwyczaj spotyka się francuską, no i oczywiście arabską.)

*Warte zwiedzenia są przede wszystkim:
-funduk, czyli targ,
-dzielnica garbarzy pod gołym niebem (często pokazywana na zdjęciach z tego miasta),
-Meczet el-Karawijjin z 859 r. (można go obejrzeć tylko z zewnątrz), otoczony licznymi medresami (czyli szkołami) i biblioteką, to jeden z najstarszych uniwersytetów na świecie,
-Medresa el-Attarin (z XIV w.), można tu podziwiać kunszt arabskich architektów i budowniczych, skomplikowane geometryczne mozaiki, stiuki, precyzyjne detale z marmuru, alabastru czy drzewa,
-Synagoga Ibn Danana,
-Grobowce Marynidów – ruiny na wzgórzu górującym nad miastem,
-mury obronne z pięknymi bramami, m.in. Bab Bu Dżelud i Bab el-Maruk,
-Pałac Królewski – niedostępny dla zwiedzających, można go obejrzeć z zewnątrz.

*Koniecznie trzeba przejść się po maleńkich sklepikach i warsztatach, gdzie praca wre od świtu do zmierzchu oraz po sukach, z których każdy specjalizuje się w określonym towarze.
W tym miejscu warto zaznaczyć, że w świecie arabskim budynki mają orientację dośrodkową. Z zewnątrz mogą się wydawać niepozorne, z odrapanymi bramami, okna wychodzą na wewnętrzny dziedziniec, często tonący w kwiatach i mozaikach.

Widoki z tarasów kawiarnianych nie zawsze działają odprężająco
Share:

0 komentarze:

Post a Comment