Saturday, March 12, 2011

Indie (2010), cz.1: New Delhi


TEXT AVAILABLE ALSO IN ENGLISH

DISPONIBLE TAMBIÉN EN ESPAÑOL


Trasa: New Delhi – Agra – Gwalior – Orcha – Goa-Palolem – Mumbai – New Delhi
Czas: 17 października – 7 listopada 2010

Nie pamiętam już, kto z moich znajomych wpadł na pomysł wyprawy do Indii. Ale czy to ważne? Przeczytałem kilka przewodników, kilkanaście książek, zarówno o podróżach, religii, jak i życiu codziennym w tym kraju, surfowałem po blogach i forach. Od jakiegoś czasu uczyłem się też języka hindi (to moje hobby). Uzbrojony w tę wiedzę, ruszyłem ze znajomymi w nieznane.


W sobotę 16 października jedziemy z Krakowa do Warszawy. Wolimy nie ryzykować rannego pociągu (wiadomo: PKP). Zatrzymujemy się u Wojtka, który na kolację zaprasza... kolegę, który akurat wrócił z Indii. No to jeszcze raz wałkujemy to o czym czytaliśmy w przewodnikach... Nazajutrz przed południem wylatujemy z Warszawy do Moskwy. Tu mamy nieco ponad 5 godzin czekania na kolejny samolot do New Delhi. Lotnisko Szeremetiewo jest wielkie, ale cóż, nie ma tu wiele do roboty. Bankomaty nie działają, automaty do wymiany pieniędzy też. Tylko w jednym lokalu akceptują karty kredytowe. Czy to aby na pewno International Airport? Zamawiamy, chcąc nie chcąc, jakieś kluski i pijemy ohydną kawę, najdroższą chyba w moim życiu.
To może coś do poczytania dla zabicia czasu? Skądże! Gazety i książki tylko po rosyjsku, zresztą jak to kupić, wszędzie chcą gotówki. Za to alkohol i perfumy można kupować do woli, tutaj karty akceptują. Widocznie lot to tylko dodatek do zrobienia zakupów w wolnocłowym.
Wreszcie w samolocie, czysto, wygodnie, tylko te stewardessy jakieś mało uśmiechnięte. Na monitorze nad głową widzimy trasę, którą lecimy. O, właśnie skręcamy. Kocyki ciepłe, żarełko dobre. Pora spać. Jutro czeka nas ciężki dzień, bo musimy przyzwyczaić się do time lag, czyli różnicy czasu, która wynosi 5,5 godziny. Niby nie dużo, ale organizm taką różnicę na pewno odczuje.
Do Indii nie ma bezpośrednich lotów z Polski, ale kilka linii oferuje bardziej lub mniej dogodne połączenia. Jesienią najtańsze bilety sprzedawały Finnair (przez Helsinki) i Aeroflot (przez Moskwę).

NEW DELHI
W Delhi lądujemy 18 października (poniedziałek) tuż przed szóstą rano. To miasto to istny moloch, ma ponad 15 mln mieszkańców. 20 razy więcej niż Kraków, gdzie mieszkamy. Najbardziej jest to odczuwalne, kiedy trzeba wsiąść do metra, a właściwie wtłoczyć się na siłę, albo kiedy robi się zakupy na targu. Ścisk to mało powiedziane. Jeszcze nigdy nie byłem taki poobcierany.

Jedna z ważniejszych atrakcji New Delhi, Czerwony Fort
Lotnisko Indira Gandhi International leży jakieś 20 km od centrum, jest bardzo nowoczesne, czerwone dywany i te sprawy. Przechodzimy przez kolejne stanowiska odprawy. Nawet szybko idzie.
(Jeszcze w samolocie stewardessy dają wszystkim formularze przyjazdowe, oszczędza się więc czas. Wizę (184 zł) załatwialiśmy w Ambasadzie Indii w Warszawie. Od jesieni to się zmieniło. Tutaj link do strony z informacjami: www.blsindiavisa-poland.com/content.php?pid=MTQ)
Szukamy oficjalnego punktu pre-paid taxi. Na czym polega pre-paid? Płaci się z góry w budce/punkcie, a kwitek oddaje się kierowcy po dojechaniu do celu podróży, w żadnym wypadku wcześniej. Wyjątkiem jest lotnisko w Delhi, bo taksówka z niego nie wyjedzie, jeśli kierowca nie pokaże kwitka przy szlabanie.
Przy ladzie publicznego pre-paid podają cenę o połowę wyższą niż płacił znajomy z kolacji u Wojtka. – Podrożało – rozkładają ręce, widząc moje zdziwienie. Fakt, właśnie zakończyły się mistrzostwa Commonwealthu, ale bez przesady! Podejrzewam, że chcą nas naciągnąć. W prywatnym okienku obok cena jeszcze wyższa. Klniemy, na czym świat stoi i obrażeni wychodzimy przez budynek. Oblepiają nas naganiacze, rikszarze, taksówkarze i Bóg jeden wie kto jeszcze. Głowy kręcą nam się w kółko i z prędkością karabinu maszynowego wystrzeliwujemy we wszystkie strony „thank you” albo „dhanyavad” („dziękuję” w języku hindi).
Po krótkiej naradzie podchodzimy do budki pre-paid przed lotniskiem i płacimy 320 INR (w nocy, czyli między 23 a 6 doliczyliby jeszcze 25%). Wcześniej udało się to zrobić kilku Hindusom, którzy się przede mnie bezceremonialnie wepchali. No, ale ja, pełna kultura, spokój ducha i uśmiech numer 5 przylepiony do twarzy. (Za parę dni będę się umiał wpychać jak oni, a może i lepiej.) Do centrum dojeżdżamy w pół godziny, bo o tej porze nie ma jeszcze korków.
Nie zdecydowaliśmy się na autobus, bo wszystkie przewodniki i fora nas straszyły, że tłok, niewygoda i długo jadą. Gdyby ktoś się zdecydował, oto informacje z jesieni:
*EATS (Ex Servicemans Airlink Transport Service), zatrzymuje się przy hotelach i ważniejszych punktach w mieście; bilet: 50 INR + 25 INR za bagaż. Przystanki przy: Cashmere Gate, Connaught Place, Delhi Train Station. Autobusy są dostosowane do rozkładu lotów, jeżdżą co godzinę, przez całą dobę.
*DTC odjeżdża z Terminala 2; jedzie do centrum, kurs co godzinę; bilety: 50/25 INR.

Trochę o komunikacji
W New Delhi jest kilka stacji kolejowych. Najważniejsza to New Delhi, gdzie zatrzymuje się większość pociągów, 10 minut piechotą od głównego centrum handlowego Connaught Place, dosłownie naprzeciwko Paharganj (o którym za chwilę). Stacja Delhi Main jest w starym mieście, blisko Red Fort (Czerwony Fort). Jest jeszcze Nizamuddin, skąd odjeżdżają niektóre pociągi do Agry. My mieliśmy wszystkie pociągi z New Delhi, więc nie mieliśmy wielkich problemów z targaniem plecaków. Tak, tak, plecaków. Walizek na kółkach lepiej nie brać, bo poza Delhi i Mumbajem raczej nie mają po czym się toczyć. Poza tym pełno na ulicach śmieci i nie powiem czego jeszcze.
Autobusy dalekobieżne odjeżdżają z dworca Inter-State Bus Terminus przy Cashmere Gate, na północ od Delhi Main, z dworca Sarai Kale Khan przy Nizamuddin Railway Station i z Anand Vihar w East Delhi. Nie wiem, jak to wygląda w praktyce, bo korzystaliśmy tylko z pociągów.
Po mieście można się poruszać taksówkami, tuk-tukami (to takie riksze zrobione z motoru) lub rikszami rowerowymi. Ewentualnie metrem, które zostało oddane do użytku stosunkowo niedawno. Wszystko na jego temat można wyczytać w Internecie: www.delhimetrorail.com, a na dodatek wydrukować mapkę z liniami. Podróżuje się wykupując żeton lub kartę na doładowania. Trzeba tylko pamiętać, że metro nie jest do zwiedzania ani do spędzania tam wolnego czasu. Czas między wejściem a wyjściem na jednej stacji nie może przekroczyć 20 minut, a w przypadku różnych stacji 80 minut. Pamiętajcie: w godzinach szczytu panuje tu niemiłosierny ścisk. Żeby wysiąść trzeba zacząć się przepychać do drzwi dwa przystanki wcześniej, inaczej nie ma szans. Trzeba uważać, żeby wsiadający tłum nie wtłoczył nas na powrót do środka.

Warto wiedzieć
Biuro Informacji Turystycznej mieści się przy 88 Janpath, niedaleko Connaught Place (czynne: pn-pt 9-18, sb 9-14). Obsługa jest miła, ale wiele nie pomoże. Uwaga! W mieście działa wiele prywatnych biur, które lepiej omijać szerokim łukiem, bo to agencje turystyczne naciągające na drogie wycieczki. W Internecie jest mnóstwo stron, blogów i forów, które warto poczytać przed wyjazdem.

Noclegi i jedzenie
Delhi jest pełne miejsc noclegowych i lokali na każdą kieszeń. Turyści „budżetowi” wybierają najczęściej Paharganj Baazar, naprzeciwko dworca kolejowego. Choć niektóre przewodniki radzą, że lepiej się tu nie zatrzymywać, to nas nie spotkało nic przykrego. Spaliśmy w hotelu przy głównej ulicy, nie zapuszczaliśmy się w boczne zaułki. Chyba rzeczywiście lepiej je omijać, wyglądają wyjątkowo obskurnie. Dzięki temu nie mamy w zanadrzu opowieści o hordach szczurów czy karaluchów biegających po ścianach. Raz mieliśmy małego karaluszka na łóżku, wielka mi rzecz!
My spaliśmy w Hari Piorko, mniej więcej w połowie głównej ulicy Paharganj. Jego cechą charakterystyczną jest wielkie akwarium w drzwiach wejściowych. Ma też małe akwaria w większości pokoi. Trochę drogi jak na Indie, ale wszędzie blisko, obsługa miła, restauracja na dachu (duży wybór dań), obok wielki supermarket z kosmetykami, pamiątkami i różnymi bibelotami. Jesienią przygotowywali basen na dachu, więc ceny pewnie wzrosną.

Paharganj Baazar, to tutaj zatrzymuje się większość turystów
Co do jedzenia, nie będę się dużo rozpisywał. Mnie smakowało, ale rzeczywiście zawiera mnóstwo przypraw i jest dość ostre (ale z tą ostrością przewodniki też przesadzają, da się zjeść). Trzeba jednak pamiętać, że standardy higieny w lokalach są diametralnie inne niż w Polsce. Kto jednak będzie za bardzo wybrzydzał, będzie się musiał przestawić na ciastka ze sklepu. Hindusi jedzą rękami, a właściwie prawą ręką (lewa jest nieczysta, bo służy do czynności ablucyjnych w toalecie). Wcale się nie dziwię. Ja też jadłem ręką. Trochę się na mnie dziwnie patrzyli, że niby się zgrywam i udaję swojego, ale skoro nie można mieć pewności co do czystości gastronomicznych utensyliów, to chyba lepiej narazić się na śmieszność... Zwłaszcza że co do czystości swojej ręki, nie miałem wątpliwości po użyciu specjalnego płynu dezynfekującego lub umyciu jej w kranie (każda, nawet najpodlejsza garkuchnia ma kranik do umycia rąk).
Przewodniki przestrzegają też przed piciem wody z kranu. Nie róbcie tego pod żadnym pozorem. Uwaga też na drinki z lodem – lepiej niestety go unikać, bo jest robiony z kranówy i może zawierać mnóstwo dziwnych organizmów, w tym amebę.
Lepiej wystrzegać się surowych owoców i warzyw, które mogły zostać wypłukane w kranówie, albo nie były płukane w ogóle i są pełne różnych bakterii i żyjątek. Problem w tym, że Indiach tzw. flora bakteryjna jest inna niż u nas i nasze żołądki mogą to poważnie odchorować. Nam na szczęście nic się nie przydarzyło (nawet tzw. biegunka podróżnych), ale jeden ze znajomych, który byli wcześniej w Indiach musiał odwiedzić lekarza i dwa tygodnie odchorował, bo nażarł się jakichś owoców. Najważniejsza zasada: rozsądek przede wszystkim.

Zakupy
Główną dzielnicą handlową jest Connaught Place, choć ceny są tu wyższe niż gdzie indziej. Działa tu wiele banków, które mają bankomaty, co nie znaczy, że pieniądze wypłacimy od ręki. Nam udało się to dopiero przy trzeciej maszynie.
W środku placu jest też duże targowisko, którego część mieści się w podziemiu. Można tu znaleźć góry ciekawych ciuchów, ale na wejściu trzeba zbijać ceny i to kilkakrotnie. Jeśli ktoś zawoła 500 rupii, zaproponuj 100 (na polskie to niecałe 7 zł!). Zdarza się, że za ciuch wart 200 rupii, wołają 2000. Wtedy najlepiej roześmiać się w głos i bezceremonialnie wyjść. Za chwilę za nami przybiegną i będą prosić, żebyśmy wrócili. Sorry, ale sami tego uczą. Na początku to trochę irytuje, ale można się przyzwyczaić. Nazwijmy rzecz po imieniu, to nie jest targowanie się, tylko naciąganie turystów. Sklepikarze uważają chyba, że każdy turysta ma bank w kieszeni.
Przy ulicy Janpath, odchodzącej od Connaught Place, jest ciąg kramów i tybetański targ, a po drugiej stronie ulicy ogromny państwowy Central Cottage Industries Emporium z bogatym wyborem arcydzieła. Wygląda na starszą siostrę naszej cepelii. Ciuchy są tam drogie i szyte chyba w latach 60., za to mają mnóstwo pamiątek i bibelotów. Na nas wrażenia nie zrobiło. Kupiliśmy tam dwa śliczne krawaty i książkę biograficzną o Gandhim. Pozytywem są stałe ceny i wreszcie nie trzeba myśleć o tym, ile coś jest naprawdę warte i ile trzeba stargować.
Poza tym każda dzielnica ma swoje targowiska, gdzie można kupić szmalc, mydło i powidło.

Pociągi w Indiach
Bilety można rezerwować na wszystkie pociągi, oprócz tych najzwyklejszych, II klasy. System klas jest na pierwszy rzut oka nieco skomplikowany, ale da się go ogarnąć. 

Najlepsze miejsca do spania w pociągach to te na samej górze.
Polecam zwykły sleeping
Aktualne rozkłady są drukowane w książeczce „Trains at a glance”. Można sobie ją wydrukować z Internetu. Wszystkie rozkłady na stronie indyjskich kolei są aktualne, ceny też.
Przed kupnem biletu na stacji trzeba dowiedzieć się wszystkiego o pociągu i wypełnić odpowiedni formularz (w rubryce „Concession Travel Authority Number” obcokrajowcy wpisują numer paszportu). Z tym formularzem idziemy do kasy i kupujemy bilet. A że miliard ludzi podróżuje tymi pociągami, trzeba swoje odstać – najpierw w kolejce do informacji (żeby dobrze wypełnić formularz), a potem do kasy. Nie do rzadkości należą sceny, kiedy kasjerska odrzuca kolejne formularze, bo już niestety nie ma biletów. Dlatego jeśli tylko to możliwe, rezerwujcie bilety jeszcze w kraju. Oszczędzi wam to czasu i nerwów.
W Internecie: należy wybrać bilet z „general quota”. „Taktal quota” to niewielka pula biletów, zostawiona do rezerwacji na 48 godz. przed odjazdem (nie liczcie za bardzo na nie będąc w Indiach, jest ich niewiele i znikają szybciej niż u nas mięso ze sklepów w latach 80.). Po zapłacie powinien przyjść e-mail ze szczegółami rezerwacji i biletem do wydrukowania. Z Polski nie można niestety bukować bezpośrednio na stronie kolei, ale można to zrobić na stronie jednego z prywatnych biur.
Rozkłady i stan rezerwacji: www.indianrail.gov.in; kupno biletów: www.irctc.co.in
Jeśli ktoś nie zarezerwuje biletów jeszcze w domu, dobrym wynalazkiem są okienka Foreign Tourist Bureau. Poza normalnymi biletami, dysponują one pewną pulą biletów dla obcokrajowców, więc można je czasem kupić nawet w ostatniej chwili. W New Delhi takie biuro mieści się na I piętrze stacji New Delhi (czynne pn-sb 7.30-17). Obsługa jest bardzo kompetentna i pomocna. Uwaga! Nie słuchajcie ludzi po drodze, którzy będą was odsyłali gdzie indziej, to naciągacze! Druga uwaga: w Foreign Tourist Bureau płaci się gotówką, w dolarach lub funtach brytyjskich. Poza Delhi takie biura mają tylko największe miasta (w tym Mumbai i Agra), ale dysponują zwykle kilkoma miejscami i tylko na wybrane trasy.
Kolejna uwaga: Indie są 10 razy większe od Polski. Mimo że pociągi jeżdżą generalnie szybciej niż u nas, bo jednak odległości są ogromne. Jeśli ktoś nie chce spędzić połowy pobytu w pociągu, niech ograniczy liczbę odwiedzanych miejsc. Można ewentualnie skorzystać z krajowych przelotów lotniczych, ale nie są tak tanie jak by się wydawało.
W pociągach nie trzeba się martwić o głód i pragnienie. Na każdej stacji wchodzą tłumy sprzedawców. Nawet jak się zagapisz, za chwilę przyjdzie następny. Również obsługa pociągu chodzi tam i z powrotem, oferując to i owo.

O tym co zwiedziliśmy w Delhi napiszę później, bo na początek spędzamy jeden dzień i ruszamy dalej. Na zwiedzanie (i wielkie zakupy) będzie czas pod koniec pobytu, kiedy zrobimy koło i wrócimy do stolicy.

Przeczytaj także:
Indie (2010), cz.2: Agra
Indie (2010), cz.3: Gwalior
Indie (2010), cz.4: Orcha
Indie (2010): cz.5: Goa
Indie (2010), cz.6: Mumbaj
Indie (2010), cz.7: New Delhi - ponownie

Share:

0 komentarze:

Post a Comment