Wednesday, March 16, 2011

Indie (2010), cz.5: Goa

TEXT AVAILABLE ALSO IN ENGLISH

DISPONIBLE TAMBIÉN EN ESPAÑOL


Trasa z Mumbaju do Goa to droga przez mękę. Autobus mamy skoro świt, ale gość w budce przy estakadzie chyba coś pomylił, bo wsiadamy dopiero o szóstej. A już mieliśmy zrezygnować… Nasza radość nie trwa długo. Zamiast 8 godzin, tłuczemy się w tym autobusie cały dzień. Jedziemy okrężną drogą. Możemy za to obejrzeć przez szybę kilkanaście miast i kilkadziesiąt wiosek. Jakie piękne te Indie! Kłótnie z kierowcą nic nie dają. Kręci głową, że tak jedzie i już.



Głodni, brudni i źli dojeżdżamy w nocy do Panajim, głównego miasta stanu Goa. Oczywiście od razu oblepiają nas rikszarze i taksówkarze. Próbujemy się targować, ale nic z tego. O hotel też trudno, a tu już dziesiąta wieczorem. Udaje nam się dodzwonić do jednego z hotelu przy naszej plaży. Przyjmą nas niezależnie od tego, o której dojedziemy. W końcu zrezygnowani bierzemy taksówkę. Udaje nam się zbić cenę, chyba tylko dlatego, że wszyscy inni już odjechali i taksówkarz wie, że jeśli nie weźmie nas, to wróci do domu z niczym. Jedziemy chyba z półtorej godziny, zastanawiając się, czy nie wywiezie nas gdzieś do lasu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. W końcu docieramy do Palolem. Chłopak z hotelu już na nas czeka. Miejsce w samym centrum, pokój z klimą, z balkonu widok na bananowce i palmy. Jednak raj! Odchodzi nam cała złość. A co z kolacją? – „No problem” – przy plaży jest lokal czynny 24/7. Kocham Goa!

W tym rajskim miejscu spędzamy kilka dni. Morze turkusowe, słońce praży, ale jest znośnie. Wszędzie blisko. Nad głową palmy, jak to fajnie wyjdzie na zdjęciach. Uganiamy się od kobiet, które koniecznie chcą się z nami zaprzyjaźnić tylko po to, żeby sprzedać nam bransoletki, naszyjniki, tudzież inne niezbędne do życia duperele. Na początku nawet mnie to bawi. Nic nie kupię, a pogadać mogę, poćwiczę język. Nie kryją zdziwienia, rzadko który turysta uczy się hindi, a ja znam nie tylko „namaste” („dzień dobry” lub „do widzenia”).
Czasem towarzyszą nam psy, ale spokojnie, są pokojowo nastawione, wychudzone strasznie, mają nadzieję, że znajdą coś do jedzenia. Po południu obok plażowiczów wylegują się wszędobylskie krowy. Taki widok nie powinien w Indiach nikogo dziwić. Nie ma ich tylko na głównych ulicach Delhi i Mumbaju, bo jeśli się tu napatoczą są od razu wywożone za miasto. Generalnie krowy nie są szkodliwe. Gorzej, jak taka wejdzie na tory na dworcu i nie chce sobie pójść. Nie wolno jej przegonić, więc pociąg musi czekać.
Całe dnie na plaży, wieczory w knajpie przy tanim (jak na miejscowość wypoczynkową) piwie i drinkach. Może zadzwonić do szefa i przedłużyć urlop? Tylko przebukowanie samolotu trochę drogo wyjdzie...

Po południu plażowiczom towarzyszą wszędobylskie krowy

Warto wiedzieć

Goa dla turysty to pas wybrzeża z rajskimi plażami. Jednak coraz częściej przypominają one wielkie imprezownie. Coraz trudniej znaleźć spokojne miejsce, ale wciąż takie są. Najlepiej przyjechać na początku sezonu.
Busy to najlepszy sposób poruszania się po Goa. Zatrzymują się gdzie ktoś chce wysiąść lub wsiąść. Można też złapać taksówkę albo motocykl z kierowcą. Przy każdej plaży stoi zawsze gromada młodzieńców oferujących przejazd motorem jako taksówką.
Jeśli chce się coś zwiedzić na Goa – na przykład Old Goa, pełne starych kościołów, które wybudowali Portugalczycy w czasach, kiedy była to ich kolonia – nie jest łatwo. Trzeba wynająć taksówkę na cały dzień. Autobusy są taniutkie, ale wloką się niemiłosiernie, drogi są kiepskie. No chyba że ktoś koniecznie chce się usmażyć.
Gdzie turyści, tam biznes. Przy każdej większej plaży w tym stanie powstają hotele, domy noclegowe, restauracje i bary. Dla każdego coś miłego: pizza, makarony, indyjskie dhali, owoce morza i wszystkie czego dusza zapragnie. Piwo i drinki leją się strumieniami. Można wybrać się na wycieczkę po oceanie, na oglądanie delfinów (nie liczcie na wiele), ponurkować i robić dziesiątki innych rzeczy. Turysta ich pan.

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Szybko skończyło się rajskie Goa. Pora ruszać dalej. W środę 27 października mamy popołudniowy ekspres z Margao do Mumbaju (bilet: ok. 800 INR, klasa 3A). To teoretycznie lepsza klasa niż zwykły sleeping, dają prześcieradło (czy jest szare czy mi się wydaje) i koce. Ale w sleepingu było ciekawiej. Ludzie tu jacyś inni, mniej uśmiechnięci, no i ten ziąb. Ta klasa ma klimatyzację, a jak jest klimatyzacja, to oczywiście włączona na full i nie da się jej skręcić.

Share:

0 komentarze:

Post a Comment